• Autor:Ryszard Czarnecki

Zadyma w Strasburgu

Dodano:
Protesty uczniów we Francji Źródło: PAP / HORCAJUELO GUILLAUME
Piszę te słowa w stolicy Alzacji i jednej z trzech "stolic” Parlamentu Europejskiego (obok tej znanej- w Brukseli i tej mniej znanej - w Luxemburg, gdzie mieści się część finansowo- administracyjna PE).

W Strasburgu tym razem gorąco było nie tylko i nie wcale nie głównie na sali obrad. To miasto, które w ostatnich stu pięćdziesięciu latach przez blisko pół wieku znajdowało się pod okupacją niemiecką było w dniu, w którym kreślę te słowa areną "zadym”. Alzacka stolica okazała się "Francją w pigułce", bo i tu doszło do dużych manifestacji na ulicach miasta, a następnie już tylko "w podgrupach” do starć z policją. Gdy rano jechałem do Parlamentu Europejskiego na wywiady do mojego programu "RH+ Rozmowy Czarneckiego” w telewizji "WPolsce24" mijało mnie z dziesięć policyjnych radiowozów na sygnałach. Działo się to długo przed rozpoczęciem demonstracji (cztery i pół godziny wcześniej). Manifestowali nauczyciele, rodzice, licealiści, studenci oraz związki zawodowe. "Manifa" odbyła się w jednym z najważniejszych punktów miasta na placu Kleber. Tego dnia w całej Francji demonstrowało aż ćwierć miliona osób. W samym Strasburgu prefekt regionu Bas-Rhin (Dolnego Renu) wprowadził zakaz zgromadzeń wokół piętnastu liceów. Tyle, że Sąd Administracyjny owe zarządzenie prefekta uchylił. Jednocześnie sąd dał zgodę policji do monitorowania dronami przebiegu manifestacji. Drony więc mogły pokazać, jak z jednej strony demonstranci podpalali na ulicach różne przedmioty i rzucali nimi w kierunku policji i jak z drugiej strony policjanci używali gazu łzawiącego.

Gdzie indziej było znacznie bardziej drastycznie: podpalano szkoły, atakowano nie tylko policjantów, ale też strażaków i nauczycieli. W miejscowości La Ciotat nauczyciela właśnie oblano łatwopalną cieczą.

Lewica wspiera protesty i raczej milczy odnośnie aktów przemocy, które mają miejsce często po, ale też czasem przed manifestacjami. Prawica będzie być może beneficjentem owych protestów, bo z jednej strony mocno uderzają one w prezydenta Macrona i jego rząd, a z drugiej strony przemoc idzie na konto lewicy. Dla lewicy alternatywą – jak powiedział mi taksówkarz z którym jechałem z dworca do hotelu – nie jest urzędujący lokator Pałacu Elizejskiego czy szerzej: władza w Paryżu tylko szefowa Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen.

Cięcia socjalne i zaciskanie pasa kosztem szkół i pedagogów były powodem, a dla niektórych być może tylko pretekstem, aby wyjść na ulicę z protestem przeciwko prezydentowi i rządowi. Tymczasem za siedem miesięcy pierwsza tura wyborów prezydenckich we Francji. Jak tak dalej pójdzie może dojść do scenariusza wręcz wymarzonego dla narodowej prawicy: drugiej tury, w której w czerwcu 2027 spotkają się Madame Le Pen i Monsieur Jean-Luc Melenchon – skrajny lewak. W takiej konfiguracji francuska polityk może już dziś planować nowe boazerie w Pałacu Elizejskim.

Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...